PODRÓŻE    O MNIE    PROJEKTY I AKCJE    MOJA POLSKA    KONTAKT    REPORTAŻE    MEDIA O MNIE    LINKI    ZDJĘCIA   


  Reportaże



DZIECI AMERYKI POŁUDNIOWEJ - (Nowy reportaż)

  W Ameryce Południowej dzieci są wszędzie. Czym biedniejsze państwo, tym dzieci jest więcej. To państwo ma swój wewnętrzny podział. Czym biedniejszy region państwa, tym liczba ich wzrasta. Dziewczyna, mająca dziecko w wieku lat 16 - tu, nikogo nie dziwi. Gdy ma ponad 20 - ścia lat standardem jest, że ma ich troje. I tak z biegem czasu liczba dzieci w takiej rodzinie dochodzi do ośmiu. Takie dzieci często, gdy mają zaledwie kilka lat, zaczynają pracować. Jeżeli rodzice mają ziemię, ciężko na niej pracują. Jeżeli rodzice mają przydrożny bar, pracują w tym barze. Swoją pracę traktują poważnie. W tym barze zajmują różne stanowiska. Obierają warzywa, myją owoce, sprzątają i są kelnerami. To często one zbierają od klientów zamówienia. Roznoszą picie, jedzenie i podają piwo. Jeżeli rodzice nie mają własnego interesu, dzieci otwierają swój - najczęściej sklep. Ten sklep nie jest duży. Ma cztery cienkie ścianki i dno. Taki sklep jest trochę większy od ich dłoni. To mały kartonik. W tym kartoniku znajduje się zazwyczaj kilka małych paczek gum do żucia. Z tym swoim sklepem takie dziecko wędruje przez cały dzień, aż do później nocy. Od jednej osoby do drugiej z nadzieją, że ktoś kupi jego towar. Jeżeli interes się rozwija, dziecko kupuje plastikowe wiaderko lub miskę, a wówczas może wzbogacić ofertę swojego przechodniego sklepu. W takiej misce lub wiaderku jest już miejsce nie tylko na gumy do żucia. Może teraz handlować ciastkami, cukierkami, papierosami, a w szczególności napojami, bo przecież jest tu gorąco. Wielu z nich do końca życia pozostanie ulicznymi sprzedawcami. Ich status społeczny już nigdy się nie zmieni. A gdy interes będzie dalej kwitł, zamówią u stolarza przenośną tacę z przedziałkami, które ułatwią im segregację sprzedawanych słodyczy. Ale nie wszystkie dzieci sprzedają. Są i takie, które najpierw zbierają, a potem sprzedają to, co zebrały. Najczęściej zbierają plastikowe butelki, bo tych jest wszędzie najwięcej. Są to mali, zupełnie nieświadomi ekolodzy. W każdym z miast znajduje się kilka skupów. Butelki te powędrują ostatecznie aż do USA lub Europy, by zostać przetworzone.
  Jednak zanim te dzieci staną sprzedawcami czy zbieraczami ulicznymi są nieodłącznym elementem swych kochających matek. Taka matka nigdy nie rozstaje się z swoim maleństwem. Czy jest w domu, czy na ulicy, w sklepie, czy w pracy dziecko zawsze jest przy niej. To maleństwo czuje jej zapach, jej ciepło, a co najważniejsze jej bicie serca. Ta matka jest dla niego wszystkim. Jego ciało zawinięte jest w chustę, a ta spoczywa na ramieniu matki. Taka specyficzna symbioza ich dwojga daje mu bezgraniczne poczucie bezpieczeństwa. Te dzieci nie płaczą, nie grymaszą, nie dostają na pocieszenie smoczka. Ta bliskość im wystarczy. Są jak aniołki. Jeżeli dziecko zakwili matka przerzuca go automatycznie do przodu. Wyciąga swoją obfitą pierś i karmi go. Karmi tam, gdzie się akurat znajduje. Czy to na środku ulicy, w parku, na przystanku, w autobusie, w samochodzie, w sklepie, w pracy, w domu. Nikogo to nie interesuje. Nikogo nie dziwi. No, chyba że pochodzimy z takiego kraju, w którym w imię miłości do dziecka rodzice kupują elegancki wózek, który zapewni im bezpieczny dystans prywatności. A gdy dziecko będzie miało kilka miesięcy zostanie oddane w obcięcia najlepszego przyjaciela rodziny, jakim jest TV. I tak w ramach miłości pozostanie już na zawsze. W między czasie takie dziecko zostaje obrzucone workiem zabawek, aby mogło rozwijać się w pełni samodzielnie. Ale tu jest inaczej. Tu więzi rodzinne są najważniejsze. One stanowią najwyższą wartość. Ta spójność dziecka i matki przyniesie wiele pozytywów. Przyniesie wielki spokój. Opanowanie. Radość z otaczającego go świata. Tu dziecko rzadko ma jakakolwiek zabawkę, za to ma zawsze przy sobie matkę, rodzeństwo i ojca.
  Większość z tych dzieci na szczęście nie musi pracować. Może chodzić do szkoły i uczyć się. Nie mają jednak swojego pokoju do nauki, nie mają nawet biurka. Często lekcje odrabiają siedząc na schodach przed domem, a zeszyt trzymają na skurczonych kolanach. Inne wystawiają przed domem taboret, który zastępuje biurko. Swoje lekcje i naukę traktują tak samo sumienie, jak ich pracujący już rówieśnicy.
Taki to inny świat od naszego.

 
Ajden
 


linia


WOLNO I SZYBKO - (Nowy reportaż)

  Przy schronisku Casa de France na rogu jest sklep spożywczy. Przechodzę obok niego kilka razy dziennie. Zawsze stoi przed nim niski facet. Ten sam codziennie. Ten niski facet trzyma w ręku pałkę. To ochroniarz. Ta pałka zapewnia mu władzę, a władza kontrolę tego, co dzieje się w środku sklepu. On sam jest niepozorny, zresztą jak i jego pałka. Ta pałka jest krótka i wygięta. Wygląda sflaczale, jakby była wypchana szmatami. On i ona razem stanowią tutaj władzę absolutną, niepodważalną.
  W sklepie nigdy nie ma tłoku. Są dwie kasy i dwie kasjerki. One tylko kasują, jeśli jest, co kasować. Jak nie ma czekają, aż będzie. Czasem muszą czekać długo i cierpliwie. W tym sklepie jest dużo pracowników, a sklep nie jest duży. Przypomina to socjalistyczne nadzatrudnienie. Takie, żeby każdy miał pracę, bez względu czy jest potrzebny jest czy nie. Z boku w sklepie stoi wysoka, szklano-metalowa lada. Za ladą są dwie panie. Ta lada jest tak wysoka, że widać tylko ich głowy i kawałek szyi, nic więcej. Mają do dyspozycji bardzo mało miejsca. Często się o siebie ocierają i obijają. Za nimi wisi duży wykaz zawartości lady. Ten wykaz zawiera nazwę i cenę produktu oraz numer towaru. Tych nazw i cen jest więcej niż towaru w ladzie. Ekspedientki pracują powoli. Ich ruchy są jakby w zwolnionym tempie. Jakby delektowały się pracą. Jakby to było ich największe szczęście i chciały przeżywać je jak najdłużej. Klient musi mieć zawsze czas i wyrozumiałość oraz cierpliwość i dużo pieniędzy. Ten towar nie jest tani, ale smaczny. Na ladzie stoją dwie elektryczne wagi. Z tych wag zostanie spisany ciężar na małą jaskrawą kartkę. Obok ciężaru pojawi się numer towaru z wykazu. Teraz kasjerka się prostuje, teraz ona jest najważniejsza w całym sklepie. Ma pracę! Kasuje towar. Też pracuje powoli jak najdłużej jest to możliwe. Chce być ważna i potrzebna. Jej ruchy są identyczne jak ekspedientki. To kasowanie polega na pomnożeniu ciężaru i wpisanie numeru towaru. Całość dodaje i mnoży. Pojawiają się pieniądze. Od nich odejmuje cenę towarów. Wydawana jest reszta. Wychodzę. Znów widzę władzę. Stoi niewzruszona przez cały dzień. Za nią toczy się gigantyczny ruch uliczny. To inny świat niż ten ze sklepu. Władza nie zwraca na niego uwagi. Jest skoncentrowana na swoim królestwie.
  Ten ruch uliczny toczy się jednokierunkowo. Ten jeden kierunek roztacza się na szerokiej ulicy. Tu życie wygląda inaczej. Jest szybkie, odmienne od powolnych ruchów pracowników sklepu. Ten ruch stanowią przede wszystkim mototaksiarze. To oni rządzą na ulicach. Tu oni mają władzę. Pieszy ma swoje prawa tylko na chodniku. Jego prawa zapewnia mu krawężnik. Ten krawężnik jest często wysoki, by prawa pieszego nie zostały pogwałcone. Czym wyższy krawężnik tym pewniejsze prawo pieszego. Czym bliżej pieszy jest ulicy, tym bardziej one słabną. Pieszy musi czasem jednak przejść przez ulicę. Jednak ulica nie daje mu żadnych praw. Wszystkie te prawa mają oni: mototaksiarze, motocykliści, kierowcy samochodów i autobusów. Ale nie on. Pieszy stoi naprzeciw czarno - białych pasów, które nie zapewniają mu żadnych dodatkowych przywilejów. Rozgląda się. Analizuje sytuację. Próbuje nad nią zapanować. Jego wzrok dynamicznie i precyzyjnie mierzy odległość od pojazdów. Jego uszy dostarczają mu dodatkowych informacji. Teraz jego dwie stopy stoją na krawężniku, który jeszcze przez moment zapewnia mu prawo istnienia. Za chwilę, jego prawa noga uniesie się nad ulicą i już przez sam ten czyn je utraci. W końcu podejmie ten desperacki krok i pochyli się delikatnie do przodu, by dwiema nogami ostatecznie stanąć na ulicy. Nadszedł czas szybkich i ryzykownych decyzji. Biec czy stać? Mototaksiarze zbliżają się błyskawicznie. Co robić? Jak przejść? Jak przetrwać? Jak przeżyć? Może wycofać się na chodnik i odzyskać swoje prawa. Pieszy chce iść dalej, do swojego celu. Rusza! Mototaksiarze atakują z prawej strony, zza zakrętu. Pieszy dla nich jest niechcianą przeszkodą. Śmieciem, zawadzającym im w pracy. Ten śmieć za moment może być jego klientem. Wtedy mototaksiarz będzie go traktował z pełnym szacunkiem. Ale nie teraz. Teraz dla nich jest tylko udręką. Pieszy porusza się do przodu. Przedziera się ryzykownie. Udało się! Przeszedł! Przeżył! Ale co będzie dalej, na kolejnym przejściu? Czy znów mu się uda?...

 
Ajden
 


linia


Z PORTU MASUSA.

  Taki port, bez względu na to kiedy do niego przypłyniesz, czy w słoneczny dzień, czy w pochmurny i pokryty mgłą, czy w nocy - zawsze powita cię hałdą śmieci. Jak to widzisz pierwszy raz - to jesteś przerażony! Na twoim ciele może pojawić się wysypka. Objawi się gęsią skórką. Jak się jej przyjrzysz dokładniej to zobaczysz, że ta gęsia skórka jest zaczerwieniona. Na twoich rękach włoski będą stały na baczność. Będą krzyczeć! Uważaj! Uważaj! Ale jak już kiedyś widziałeś taki port, to poczujesz tylko

Port Masusa - śmieci Port Masusa - śmieci

smród. Taki smród może mieć kilka źródeł. Na pewno największym to zalegające śmieci. Takie śmieci będą się dzielić na te nieśmierdzące, ale za to wieczne, i te śmierdzące, czyli organiczne. Te organiczne żyją krótko, a przynajmniej krócej niż te wieczne, plastikowe. Będą się one razem przeplatać, a ty się będziesz o nie potykać. Pierwszego potknięcia, zanim prom zacumuje już na dobre, dozna twój wzrok. Dopiero później, przy wysiadaniu, twoje nogi. Jak jesteś twardy to się nie przewrócisz.

  Najtwardsi w porcie są tragarze. Gdy się im przyglądasz, to widzisz jeden wielki pot. Pod tym potem zobaczysz górę mięśni splątanych wystającymi żyłami. Takie ciało jest bardzo napięte, mokre i śmierdzące. Prawdziwy tragarz może zabrać za jednym zamachem 150 kilogramów. Lepiej nosić z samochodu na prom, bo rzeka zawsze jest w dole. Gorzej mają ci, którzy niosą z promu do samochodu. Jedni i drudzy mają krzywe nogi. Na głowach przyczepione grube gąbki. Ochraniają głowę przed ciężarem, na


Port Masusa - tragarze Port Masusa - tragarze

której ten często się znajduje. Taki tragarz zawsze idzie bardzo szybko. Prawie biegnie. Ten ciężar go uwiera, męczy. On chce się go szybko pozbyć. Harując tak cały dzień jak wół na skalnym polu można zarobić 20 soli. Te 20 soli można zamienić (u cinkciarza królującego na plastikowym krzesełku) na siedem zielonych jak Amazonka dolarów. Ale tu jest Peru. Wszystko sprzedaje i kupuje się w solach. Te sole są bardzo słone, jak pot tragarza.


 
Ajden
Peru dnia 12.07.2010r.


linia


W IQUITOS

  Do Iquitos docieram rano, po pięciu dniach płynięcia promem. Nie mam specjalnie gdzie się udać. Mototaxiarz zabiera moje ciężkie torby z workami na śmieci. Później te worki będę rozdawał - to jeden z elementów mojego eko-projektu. Wynajmuję jeszcze tragarza. Bo torby są dwie. Jeden taxiarz nie dałby rady. Za nami wlecze się Francuz. Poznaliśmy się na promie. Dużo nie rozmawialiśmy. Byłem zajęty czytaniem "Non fiction". Mototaxiarz wiezie nas do centrum. Właściwie nie wiem, pod jaki adres. To on przejmuje ster. Wiezie nas do Casa de Francia. Francuzowi to się nie podoba. Ja idę zobaczyć do środka.. Pokój czteroosobowy. Jest czysto, łazienka jak w Europie, duże okno i niedrogo. Ja zostaję! Francuz kręci nosem jak przed jedzeniem, którego nie zamawiał. W końcu też wchodzi, ale bez zaufania. Myśli. Wygląda, jakby chciał czegoś innego. Mówię, żeby na mnie się nie oglądał. Niech robi co chce. W końcu i on zostaje. Z tymi schroniskami i tanimi hotelami bywa różnie. Często pokoje nie mają okien. A dla mnie to najważniejsze. I nie okno na ciemny korytarz, ale na ulicę. Takie mam wygórowane wymagania. Jak mi pokazują karcer bez okna to mówię, że nic złego nie zrobiłem. Nie chcę tu siedzieć! Śmiech. Wtedy pokazują taki pokój, jaki chcę. O ile takowy w ogóle posiadają. A tu wszystko jest od razu. O dziwo nie ma tłoku, choć miasto oblegane jest przez turystów. Wielu z nich poszukuje przygód. Przygód wyższego stopnia. Szamańskich! Taki prawdziwy szaman rozdaje w ostatniej odsłonie ceremonii narkotyk! Halucynogenny! Zanim się go zażyje, trzeba się przygotować. Konkretnie żołądek. To wszystko trochę trwa. Nie wolno do niego (czyli żołądka) wkładać ni cukru, ni soli, żadnego mięsa , alkoholu i... zero seksu. Można jedynie jeść mięso kurczaka. A kurczaków tu jest mnóstwo. Problem w tym, że wszystkie już wiszą na rożnie. Nie ma tu restauracji bez rusztu. Ruszt musi być i basta! Jak go nie ma, restauracja skazana jest na pogardę, pustkę, nudę i bezrobocie, które doprowadzi do bankructwa. Ale może być tak jak w Boliwii. Restauracja wegetariańska - a w menu mięso. Wystarczy kartę otworzyć, a już tłuszcz zwierzęcy kapie Ci na buty. Mówię: tak być nie może, że wegetariańska a z miesem. Kelner nie rozumie. Odkąd tu pracuje zawsze tak było. Czemu ma się zmienić? By być wzgardzonym, znudzonym, bezrobotnym, zbankrutowanym? Lepiej być wegetariańskim mięsożercą!

W Casa de Francia jestem już weteranem. Przeżyłem cztery turnusy, choć mieszkam zaledwie dziesięć dni. Najpierw był ten niezdecydowny Francuz, który w końcu przepadł w szamańskich poszukiwaniach. Później był też Francuz, też się przygotowywał do ceremonii. Tego samego dnia pojawiła się Peruwianka belgijska. Zaczęli po francusku lepić się powoli do siebie. Musiałem co dzień przypominać o zasadach obrzędu szamańskiego, by nie znaleźć się w dziwnej sytacji wchodząc do pokoju. Po nich był Argentyńczyk i jeszcze jeden, którego nie zdążyłem nawet poznać. A teraz są trzej sympatyczni Niemcy. Jutro już mnie tu nie będzie. Rozłożę się wygodnie na hamaku i odpłynę do Yugimaguy. Tak będę się bujał na falach przez trzy dni. Później "poprojektuję" ekologicznie. Potem czeka mnie pięć dni w autobusie. W tych dniach będzie osiem przesiadek. I żadnej nocy w łóżku. W końcu odlecę. Będę leciał. Długo będę leciał. Też się będę przesiadał. Ale tylko dwa razy. W końcu dolecę. Będzie tam czekał samochód. Pojadę nim jeszcze tylko 5 godzin. By wysiąść na Dworcu Zachodnim w piątek o 17.32 I to wszystko po ponad siedmiu miesiącach w Ameryce Południowej. Przywitam się. A co będzie później?...


 
Ajden
Peru dnia 13.07.2010r.


linia


W DRODZE

  Wczoraj w Yurimagua zakończyłem projekt ekologiczny dotyczący Amazonki. Dziś od rana jadę w stronę oceanu. To długa droga. Chyba jakieś 1100 km. Miałem przejechać cały odcinek jednym autobusem. Jednak rano okazało się, że nie ma tego połączenia. Muszę jechać z dwoma przesiadkami. Pierwszą przesiadkę mam w Tarapotos. Tylko jeden przewoźnik jedzie tam, gdzie chcę się dostać. Do Piury. Stamtąd jeszcze 3 godziny i jestem nad cudownymi plażami w Mancorze. Mam szczęście! Kupuję ostatni bilet. Ruszamy. Tuż za miastem kontrola policyjna. Wie o tym każdy. Takie kontrole zdarzają się w wielu miejscach, w całym kraju.To rutynowa kontrola. Żadna specjalna. Żadne tam poszukiwanie przemytników, narkotyków czy broni. Nic z tych rzeczy. Do tej kontroli przygotowuje się steward. W każdym autobusie to on dba o dobro i komfort pasażerów. Sprawdza bilety, wskazuje miejsca, w czasie drogi rozdaje napoje i jedzenie - można nawet zamówić specjalne, wegetariańskie. Włącza filmy wideo i daje słuchawki. W nocy steward rozdaje koce, by spało się wygodniej. A gdy naciśniemy czerwony guzik, który mamy nad głową, steward za moment pojawia się, by nam pomóc. To on dba też, by nikt nie przegapił swojego miejsca docelowego. W nocy budzi śpiącego pasażera, gdy jego podróż dobiega końca. Steward, często w specjalnym uniformie, prezentuje się elagancko. Prawie wszystko wygląda jak w samolocie. Z tą różnicą, że my nie oderwiemy się od ziemi. W takich autobusach są tylko trzy rzędy siedzień, które można rozłożyć prawie na płasko, gdy chcemy się położyć. Spod fotela wysuwa się podpórka pod nogi. Zanim autobus rozpocznie podróż, każdy musi zapiąć pas, pokazywane są też drogi ewakuacyjne w razie wypadku. Czasami od wsiadających do autobusu pasażerów pobiera się odciski palców oraz filmuje się ich na wideo - to dla

W DRODZE W DRODZE

bezpieczeństwa. Ta robota należy do ochraniarza. Taki autobus jest drogi. Ale często bilety są w cenach promocyjnych, aby zachęcić pasażerów. Nasz autobus jest skromny. Tańszy. Steward wygląda jak my wszyscy. Niczym się nie wyróżnia. Nie ma też dużo pracy. Na razie sprawdził tylko bilety. A teraz przygotował 10 soli dla policji, która będzie nas kontrolować. Te 10 soli ma im "pomóc" w szybkiej i mało sumiennej pracy. Zatrzymujemy się. Stoi policyjne auto, a obok wiata pokryta srebrną, falistą blachą. Wiata nie ma ścian. Pośrodku stoi stare biurko, a za nim ławka. Za biurkiem na ławce siedzi policjant. Drugi wchodzi do autobusu. Ma w ręce długi, metalowy, srebrny pręt w

W DRODZE W DRODZE

kształcie litery T. Sprawdza dokumenty pasażerów. Wszystkich oprócz moich. Widocznie 10 soli, które dostał, to za mało. Może uda mu się zarobić więcej. Udało się! Chyba coś znalazł. Jest dziewczyna z matką. Matka ma dokumenty, dziewczyna nie. Wychodzą z autobusu. Teraz do akcji włącza się drugi policjant. Wstaje. Wyciąga z radiowozu książeczkę. To kodeks prawny. Nie szuka długo. Ma zaznaczony przepis jaskrawym, żółtym flamastrem. Pokazuje go matce. Matka nie czyta. Córka stoi obok bez słowa. Tak będzie stała, bez słowa, aż autobus nie odjedzie. Jej milczenie jest formą prośby do policjanta, by ja przepuścił. A może milczy tylko po to, by nie pogarszać sytuacji. Policja każe nam wszystkim wracać autobusem po dokumenty. Zbiorowa odpowiedzialność. Wszyscy za jednego, jeden za wszystkich. To nie podoba się pasażerom. Teraz to oni próbują przekonać policjanta. Policjant jest nieugięty. Twardy jak prawo, którego pilnuje i które chroni. Twardy jak skała, nie do skruszenia. Upływają długie minuty. Nagle matka orientuje się, że jeden z policjantów jest z tyłu autobusu. Sam. Szybkim krokiem idzie do niego. Po chwili wraca. Nie ma zadowolonej miny, ale w ręce ma swój dowód. Ten dowód to dla nas wszystkich przepustka do dalszej podróży. Możemy jechać. Nagle policjant zza biurka pogania nas. Wsiadać! Wsiadać! - krzyczy. Wsiadamy w pośpiechu. Odjeżdżamy. Teraz kierowca próbuje odrobić stracony czas. Pędzi jak szalony. Trąbi, hamuje, przyspiesza. Krowy blokują nam drogę. Zakręty! Setki zakrętów. To przecież najdłuższe pasmo górskie świata - Andy. Przepaść jedna za drugą. Barierek brak. Wczoraj spadł jeden autobus. Zginęło 16 osób. Czy przeżyjemy?

Ajden
Peru dnia 20.07.2010r.


linia

Copyright © Maciej Pastwa  2012